Skip to content

radio

Miałam dziś przyjemność odwiedzić Radio eM i porozmawiać o doulowaniu w programie „Na tapecie”. Bardziej pasuje po tym pierwszym zdaniu wykrzyknik niż spokojna kropka, bo było to dla mnie emocjonujące przeżycie, bardzo pozytywne 🙂 I od technicznej strony, i merytorycznej, i późniejszych wiadomości zwrotnych (a w międzyczasie kibicujących przyjaznych dusz:))

A wieczorem… wzięłam udział w Kręgu Opowieści Porodowych, po raz pierwszy, i dobrze, że wreszcie 🙂

W poniedziałek zapraszamy na film „Bo poród to ruch” w Strefie Centralnej, a we wtorek na kawę z doulą.

Hasło tegorocznego Tygodnia Douli to „Moc jest Kobietą”. Jakieś pytania? 😉

Kto może odebrać poród?

Biorąc pod uwagę, że…

odbiera się komuś coś, co należy do tej osoby
albo
odbiera się od kogoś coś, co należy do odbierającego,
to…
nikt nie powinien odbierać porodu, ponieważ należy on (sic!) do kobiety rodzącej i dziecka.
Poród się przyjmuje. A przynajmniej tak powinno być.
To naturalne prawo do zachowania godności, instynktowności, intymności kobiety rodzącej,
jak i jej przychodzącego na świat dziecka.

opowieści Babci Lotki

„Ja nie wiem, co to się porobiło, te prześwietlenia robią, dwa miesiące i już: chłopiec – dziewczynka?, chłopiec – dziewczynka?, zdrowe, chore? Z twoim tatą ani razu nie byłam na żadnych badania, poszłam rodzić po prostu. Jerzyka w domu urodziłam, bo nie miałam z kim zostawić starszej dwójki.

– Umówiłaś się z położną? Jak ją zawiadomiłaś? – dopytuję, skażona błyskawicznie skuteczną techniką XXI w.
– Tak, umówiłam się wcześniej. Dziadek poszedł po położną, ja obiad przygotowywałam i sprzątałam. Położna powiedziała, że to trzy tygodnie po czasie, to ona nie chce, bo pogotowie może by trzeba wzywać, ale jest jedna starsza położna, to ona może będzie chcieć. I chciała. Przyszła z Dziadkiem i pyta mnie: „Dziecko, co Ty robiłaś?”. „Podłogę myłam”. Bo dziś to kobiety się kładą, rozkładają ręce i czekają, aż się zacznie. Przychodzi ten „termin”, a tu nic. A położna mi powiedziała: „Trzy tygodnie po terminie? A gdzie tam! Zima jest, może przeziębiona byłaś, to i dziecko później się rodzi”. I już, pół godziny później Jerzyk się urodził. Dziadek na drugi dzień wrócił do pracy, nie miał urlopu, musiałam sobie sama ze wszystkim radzić, pieluchy prać, gotować, sprzątać. Później jak na Śląsk się przenieśliśmy, to w szpitalu musiałam rodzić, to już tu inaczej było, i dłużej w szpitalu trzymali, żeby kobieta mogła odpocząć.

– A jak najstarszą dwójkę rodziłaś, to izby porodowe były?
– To była normalna porodówka. Bez lekarza”.

inaczej

Pięć lat temu spotkałam pielęgniarkę-Anioła. W środku nocy odwiozła mnie do pokoju i ładną angielszczyzną powiedziała powoli: „W noc, kiedy Twoja córka przyszła na świat, padał wielki deszcz”. Pamiętam. Dudnił o szyby równie głośno jak we mnie strach i niepewność. Pielęgniarka przyszła do mnie jeszcze rano, pomóc mi wstać. Była taka delikatna w gestach i pełna empatii… Więcej już jej nie widziałam, pewnie ktoś inny jej potrzebował. Albo rzeczywiście była Aniołem, zapamiętałam jakby jej niematerialną istotę. Wtedy nie wiedziałam, że byłam pod opieką. I jeszcze przez długi czas tego nie wiedziałam. Ale już wiem…

Francja nie była moją Małą Ojczyzną. Przyzwyczaiłam się do niej, polubiłam, doceniłam. A teraz, po pożegnaniu emigracji, czuję się naturalnie. Jak u siebie. Tymczasowość jednak wiele zmienia w sercu, podejściu, biegu zdarzeń.

Wciąż otwarta na nowe, dziękuję za wszelkie stare.

Dni Doul 2016

Po raz trzeci miałam okazję uczestniczyć we francuskich Dniach Doul. Dla mnie to był jeden dzień, oderwany od majowej rzeczywistości.JDD2016

Pierwszy warsztat, w którym brałam udział, dotyczył czucia się dobrze w swoim ciele (nie tylko w czasie ciąży) i był prowadzony przez jedną z francuskich doul oraz przez Lucianę Vidarte, która praktykuje „anty-gimnastykę” w trzynastej dzielnicy Paryża. Delikatny masaż pleców, skupienie uwagi na oddechu i „mikroskopijne rozciąganie” – wszystko po to, by na chwilę zatrzymać się w swoim ciele, poczuć i poznać je. Zrelaksować, zredukować ból i napięcie. Podziałało 😉
Drugi warsztat dotyczył cesarskiego cięcia. Zaproszeni zostali działacze stowarzyszeń (Maman Blues, Césarinne), konsultantka laktacyjna oraz jeden z „ojców karmiących”, który dzielił się swoim doświadczeniem przeżywania cesarek jego żony (a raczej „ich”, jak mówił) i opowiadał o drodze jego rodzicielstwa (np. o tym, jak wziął urlop tacierzyński, a mama wróciła do pracy).
We Fra ncji powoli rozprzestrzenia się unowocześniona metoda wykonywania cięcia – la césarienne extrapéritonéale  – jest mniej inwazyjna dla matki i dziecka, zmniejsza ryzyko powikłań, skraca czas rekonwalescencji i pozwala kobiecie na wejście w rolę mamy już od pierwszych godzin po cięciu. Brzmi zachęcająco… Będzie jeszcze lepiej, jeśli doda się do tego „cesarkę po ludzku”, czyli na przykład kontakt skóra do skóry, czy też wcześniej zachęcenie mamy do delikatnego parcia w czasie wyciągania dziecka, co sprawi, że mama weźmie udział w porodzie.
I gwóźdź programu – Michel Odent. Ach! Wystarczyłoby powiedzieć 🙂
Zaczął od serdecznego wytłumaczenia się, że ma 86 lat oraz „znany na tej sali, wśród doul – deficyt snu”, ponieważ dzień wcześniej był na konferencji w Atenach. Wyciągnął swój aparat słuchowy, by „nie mówić zbyt agresywnie” i zaczął wykład. Otaczał wzrokiem całą salę, mówił swobodnie, z charyzmą.
Kilka migawek:
– pierwsze bakterie, z którymi ma styczność noworodek i które programują układ odpornościowy – jeśli są mało zróżnicowane i nieznane matce (=dziecku), to wzrasta ryzyko alergii, AZS etc…FullSizeRender-1
– nowa kora (neocortex), czyli mózg racjonalny, najmłodsza pod względem rozwoju struktura ludzkiego mózgu – tym różnimy się od innych ssaków.
Neocortex sprawia, że zachowujemy się odpowiednio (np. każdy urolog wie, że żaden mężczyzna nie odda moczu na żądanie, będąc obserwowanym).
Dlaczego dla jednych kobiet dziś poród siłami natury jest „trudny”, a dla innych nie? To fenomen nowej kory, a raczej zjawiska wygłuszenia jej aktywności. Po dziwnych zachowaniach widać, że poród postępuje dobrze 🙂
Dlatego tak ważne jest, by kobieta rodząca była ochraniana przed przeszkodami w działaniu jej fizjologii; by mogła unikać wszystkiego, co stymuluje neocortex (czyli m.in. światło, mowa)
– w dzisiejszym świecie trudno to kulturowo wyjaśnić. Kobieta nie może rodzić samodzielnie, a potrzebuje ludzi, którzy ją poprowadzą, pokierują. To socjalizacja porodu. Maskulinizacja i medykalizacja (i mówi to mężczyzna, lekarz).
– na zakończenie M. Odent opowiedział (z dużą dawką ironii, ale też zarazem optymizmu), jak widzi zmiany z perspektywy czasu. W latach 50’ nie słyszał mam, które pytałyby, czy mogą wziąć swoje nowo narodzone dziecko na ręce. Aż pojawiła się nowa koncepcja! Noworodek potrzebuje matki, kontaktu skóra do skóry!
… „może więc przyjdzie jeszcze następna nowa koncepcja głosząca potrzeby kobiet rodzących!”. Oklaski.
Michel Odent jest chirurgiem i położnikiem światowej sławy, działa w interesie kobiet rodzących oraz rodzących się dzieci. W trosce o przyszłość ludzkości.
Osobiście jestem mu wdzięczna za otwarcie, szacunek i zaufanie, jakim darzy doule. To zaszczyt i rownież wielka wdzięczność móc go (po raz drugi) zobaczyć i posłuchać na żywo.

Francuska (i nie tylko) poprawność polityczna.

Francja jest krajem poprawnym politycznie. Czasem nad wyraz. A czasem daje upust skrywanym emocjom, myślom, wizjom świata. Już nie mam sił słuchać, jak matki są poprawiane, krytykowane, oskarżane, kierowane.

I marzy mi się „poprawność polityczna” również w tej, jakże ważnej sferze życia i również dla tej, jakże licznej grupy społecznej, jaką są matki. Nie można głośno wyrazić się o czyjejś religii, rasie, kulturze, ale na matkach można się wyżywać ile wlezie.
Można wymagać, by karmiła dziecko w określony sposób, a nie jak chce i czuje. Można wymagać, by postępowała zgodnie z modelem wychowawczym, jaki wyznaje napotkany personel czy pani w parku. Można sugerować, że kilkumiesięczne niemowlę przebywające „z mamą w domu” nie ma szans na dobry rozwój – zapewni go wyłącznie żłobek.
Można wytykać błędy, wzbudzać poczucie winy, straszyć katastrofą, snuć różne posępne przepowiednie.
Matkę traktuje się z góry. To jej pierwsze dziecko, jeszcze nie wie, trzeba ją pokierować, zgubi się… Guzik! Najlepiej się odnajdzie, gdy będzie miała święty spokój!
Gdy będzie mogła słuchać głosu swojej intuicji, budując więź ze swoim dzieckiem.
Wszystkie rady są tylko na chwilę. A konkretna więź matki z dzieckiem trwa 24 godziny na dobę, i na zawsze. O wiele dłużej niż czas wizyty w przychodni i dwa zdania wypowiedziane przez pielęgniarkę, oskarżającą mamę za zbyt mały przyrost wagi jej niemowlęcia (i jeszcze za tamto i owamto). O wiele dłużej niż jedna „złota rada”.
Matki naprawdę są w stanie zaopiekować się swoim potomstwem… I każda z osobna jest najlepszą osobą do decydowania – bez poczucia winy, bez strachu i zagryzania zębów. Bez potrzeby tłumaczenia się!

znienacka

Dostałam prezent…

z komentarzem: „…i dziękujemy za wszystko, wszystko”.

Poryczałam się 🙂

FullSizeRender-2

 

 

Pięć języków miłości

Posłuchałam genialnej w swojej prostocie konferencji Szustaka o komunikacji kobiety i mężczyzny, pojmowaniu świata, siebie wzajemnie, różnicach między nami (do posłuchania TU – dla pro, anty i pomiędzy, bo przekaz w pełni uniwersalny). Poruszył również kwestię pięciu języków miłości. Słyszałam to niedawno u Małgosi Musiał w „podcaście”, napomknęła tylko o książce. To był dobry trop – zastanowić się nad językami miłości, jakie przejawiają wszyscy domownicy.
W teorii każdy ma jeden dominujący język miłości spośród języków:
Akceptacji (słów)
Prezentu
Służby
Spędzania czasu
Dotyku
Nie zbadałam jeszcze tematu w innych źródłach. Szustak mówił, że choć wydaje się często, że mamy wszystkie albo prawie wszystkie, to jednak jeden jest główny i znając go, jak również znając język miłości naszej drugiej połówki, możemy się po pierwsze uczyć wzajemnie naszych języków, po drugie łatwiej interpretować nasze wystarczające lub mniej poczucie kochania.
A co z dziećmi???
Myślałam o moich miłych. Przypominałam sobie sytuacje, próbowałam jakoś przypisać im najbardziej pasujący język miłości. Są już na tyle duzi, że mogę z nimi o tym pogadać.
Ale wyobraziłam sobie, jak to jest od początku z Nowym Człowiekiem. Czy to możliwe, że rodzimy się z jednym, przodującym językiem wyrażania, jak i przyjmowania miłości? (ponieważ to działa w dwie strony)
Noworodek potrzebuje Dotyku. Karmi się nim, rozwija dzięki niemu. Żyje dzięki dotykowi. Jeśli ta fundamentalna potrzeba jest zaspokojona i podtrzymywana, zawsze chętnie przytuli się i zostanie przytulone przez najbliższych. Gdy pojawia się rodzeństwo, starsze dzieci chętnie głaszczą, dotykają mniejszych od swoich rączek, chcą brać na ręce. Chcą być blisko. Chcą Dotyku.

Jeśli dzieci często słyszą szczere słowa, że są kochane, ważne, w sam raz, to same tak o swojej miłości zapewniają. Jedząc ugotowany obiad, powiedzą „mmmm, pyszne!”, podbiegną z buziakiem i szepną „kocham Cię!”. Używają Słów Akceptacji.

Kilkulatek na spacerze. Podnosi z ziemi kamyk, listek, zrywa kwiatki. Biegnie i triumfalnie oświadcza: „To dla Ciebie!”. Albo przynosi rysunek z przedszkola. „Dla Ciebie!”. Ulepi kulkę z plasteliny. „Dla Ciebie!”. I w formie Prezentu okazuje swoją miłość.
Przyjmuje też bez oporu, choć tu ważna rola rodzica, co jest osobnym tematem. Może prezenty, których nie kupuje się za pieniądze, dają dzieciom najcenniejsze poczucie bycia kochanym?

Kilkulatek chętnie pomoże. Nie zawsze, może nie w kulminacyjnym momencie układania wierzchołka wieży z klocków… Ale jakże często wykaże się empatią, gdy rodzic jej potrzebuje? Poda coś? Pomoże poszukać?
Rodzice służą swoim małym dzieciom kilkadziesiąt, kilkaset razy na dobę. O ile czynią to z wyczuwalną miłością, te gesty tworzą codzienną dawkę bycia kochanym i motywują do wzajemności nawet takie małe istoty.

I wreszcie Spędzanie Czasu. Dla noworodka być blisko równa się przeżyć. I jeszcze przez wiele miesięcy oznacza to zaspokojoną potrzebę bezpieczeństwa. Ewoluuje w chęć zabawy, wspólnych zajęć. „Pobawisz się ze mną?” jest na równi z „jestem głodny”. Bo nasze dzieci karmią się miłością na wszelkie sposoby. Chłoną tyle, ile jej dajemy. I odwzajemniają.

Doszłam więc do wniosku, że rodzimy się z wszystkimi językami miłości. To fascynujące i przerażające równocześnie. Jakaż to odpowiedzialność… znów! Nawet za to! Aż za to… jak bardzo i kiedy dziecko będzie czuło się kochane. Jak i kiedy samo będzie te uczucia przejawiać. Który język zakopie, bo go nie doświadczy albo nie zauważy, że działa…
Jeśli jako dorośli mamy wykształcony swój główny język miłości, to jako rodzice uczymy się wszystkich języków. I znów jesteśmy dziećmi. I bardzo dobrze. Mały Książę wie o tym najlepiej. Chętnie nam o tym przypomni.

trudna sztuka odpowiedzialności

Natknęłam się na brytyjski program „Położne” – to cenne, zobaczyć pracę z perspektywy położnych. We mnie jednak obudziło się też przytłoczenie. W obejrzanym odcinku zobaczyłam personel medyczny nastawiony na swoje zadanie, wyzwanie wręcz; przewodzący, instruujący, biorący odpowiedzialność.
Za moje porody wziął odpowiedzialność również personel – byłam zbyt nieświadoma (może w parze szedł mój młody wiek), by być w stanie wziąć odpowiedzialność na siebie, by posłuchać ciała i mojego dziecka. Nieraz się zastanawiałam, dlaczego na izbie powiedzieli, byśmy przyjechali z nieregularnymi skurczami. Nie odesłali nas do domu, a włączyli swój niepostrzeżony stoper i od tego momentu byłam ich wyzwaniem. Nie kobietą, która oto staje się matką, ma zdrowe, młode, mądre ciało. Nie kobietą, która może o swoim ciele decydować i której komfort, psychika i rozpoczynająca się droga macierzyństwa liczą się na pierwszym miejscu. Mój poród był dla personelu tylko kolejnym zadaniem do wykonania. Najlepiej najszybciej, w jakikolwiek sposób, byle mocno kontrolowany, bo tylko taki zdaje się w dzisiejszym społeczeństwie bezpieczny.
I tak się zaczęły interwencje, przekraczanie praw pacjenta (na przykład wstrzyknięcie mi leku bez zapytania o zgodę, bez wytłumaczenia, po co i jakie mogą być skutki uboczne – przecież oni chcą dobrze, skutki uboczne są takie rzadkie!). Nie miałam z tego porodu wiele dla siebie. Wtedy byłam bardzo dobrze nastawiona, w dobrym humorze i z pełnym zaufaniem do szpitala (tak. Mea culpa). A nawet z wdzięcznością. Summa summarum uratowali moje dziecko! Młodej, zdrowej dziewczynie zrobili cesarskie cięcie i oficjalnie brzmiało to dostojnie. Uratowali – udusiłby się, dociskając pępowinę, która „wypadła”. Tamta położna wie, że – chcąc przyspieszyć akcję – przebiła pęcherz płodowy, choć było o wiele za wcześnie na takie interwencje. Nie trzeba skończyć studiów medycznych, by wiedzieć, że częstym i nawet logicznym skutkiem tej czynności jest m.in. właśnie wypadnięcie pępowiny.
Nagła cesarka w znieczuleniu ogólnym, niefortunne zszycie, które rzuciło cień na dalszą historię porodową.
Nieświadomość była błogosławiona. Nawet baby blues mnie ominął, zakochana totalnie w swoim synku, przyjęłam wszystko tak, jak było i cieszyłam się nową rolą.
Może byłby to koniec historii, gdyby nie to, że miałam jeszcze później drugie dziecko, i teraz wciąż jestem młoda, z funkcjonującą macicą (poważnie jednak przeciętą).

Jak często kobiety wychodzą ze szpitala po cesarskich cięciach, porodach przy użyciu kleszczy lub próżnociągu z poczuciem bycia uratowanym przed najgorszym? Jaki procent z tego był ratowaniem, a jaki próbą naprawiania błędów popełnionych podczas indukcji, przyspieszenia lub podążania za swoimi wytycznymi, a nie za potrzebą i bezpieczeństwem rodzącej?
Czy przyjdą czasy, że społeczeństwo oraz personel zrozumie, że „po pierwsze nie szkodzić” ma w porodzie bardzo subtelne, a zarazem gruntowne znaczenie?
Czy przyjdą czasy, że kobiety będą brały odpowiedzialność za swój poród (sic!), bez spotykania się z pogardą, byciem nazywaną nieodpowiedzialną, głupią i przemądrzałą?
Czy byłybyśmy w stanie uwierzyć, że nasze ciało jest mądre, a poród dodaje – jak nic innego – poczucia kompetencji i mocy sprawczej? Ja uwierzyłam, choć za późno.
Na szczęście jest gros takich kobiet. I gros cudownych położnych, które nie tylko są miłe, ale podczas porodu podążają za rodzącą, wykorzystując swoje doświadczenie i wiedzę, by bezpiecznie przeprowadzić rodzącą się matkę i rodzące się dziecko przez tę niepowtarzalną, umacniającą i ważną podróż.

Na mojej stronie od początku widnieje cytat: „Warunkiem prawdziwego wyboru jest pełna informacja”. Każda decyzja smakuje lepiej, gdy zostaje podjęta samodzielnie lub za zgodą, rozumiejąc przebieg spraw (poród to żywioł! Nie wszystko zależy od nas i bardzo ważne, by mieć tego świadomość).
Można zdecydować się na poród naturalny, na cesarkę, na znieczulenie, na karmienie piersią lub nie, bycie blisko dziecka lub nie itd… I robi wielką różnicę, czy wybrało się samemu, czy tak wyszło, ale zostało przedstawione z szacunkiem i wrażliwością, czy też po prostu zadanie zostało wykonane.

Paryska Mlekoteka

Z okazji tygodnia Promocji Karmienia Piersią (26.05-1.06) po raz drugi odbyła się akcja Mlekoteka. W wielu miastach Polski, w Londynie i pierwszy raz w Paryżu! Pomysłodawczyniami i organizatorkami są dwie warszawskie doule – Iza oraz Iza 😉 we współpracy z Fundacją Rodzić po Ludzku. Akcja obejmuje warsztaty, kręgi opowieści laktacyjnych, spotkania tematyczne, projekcje filmowe, wystawy zdjęć, flashmoby.

Dzięki wsparciu i motywacji Iz, a lokalnie dzięki Czarze, udało się zorganizować paryską Mlekotekę „Mity i inne opowieści”. Spotkałyśmy się 29.05 o godzinie 11 w Cafézoïde – kawiarni dla dzieci. Głównie dla dzieci właśnie, rodzice są tylko do pilnowania albo przeszkadzania 😉 to miejsce jest bardzo swojskie, otwarte i tętni życiem. I było przyjemnym tłem dla Mlekoteki! Choć chętne lub zgłoszone mamy dotarły w mocno okrojonym składzie i było bardzo kameralnie, to jednak spotkanie minęło w dobrej atmosferze. Jeszcze nie zdążyłyśmy dobrze usiąść, a dzieci już dopominały się piersi 😉 i od razu popłynęły mleczne opowieści. Czara przygotowała listę mitów, z którymi można się spotkać. Był przy tym śmiech, zdziwienie, przytakiwanie i rozwiewanie. W międzyczasie wplatały się nasze historie. Obiad „domowej roboty”. Nie zabrakło ‚okołodzieciowych’ tematów, jak na spotkanie Mam przystało 🙂

Uczestniczki miały okazję wygrać książkę „Droga mleczna” oraz kalendarz, a mały Tadzio wylosował zwyciężczynie. Odpowiedzi konkursowe były takie:

„Karmienie piersią jest dla mnie oczywistym rozwiązaniem dla potrzeby pożywienia mojego dziecka (perełki). Po pierwszych tygodniach wdrażania, stało się ono również czasem rozluźnienia i pogłębiania więzi z Julkiem. Jest to bardzo miły moment i trochę powód do dumy ;)”

„Karmienie piersią to dla mnie najprostsza droga, po której idziemy razem z moim dzieckiem”

„Karmienie piersią to dla mnie jeden z najpiękniejszych darów, jakie matka może podarować swojemu dziecku i samej sobie w macierzyństwie. Sposób na budowanie bliskości i poczucia bezpieczeństwa u dziecka”

Na koniec, zainspirowane niegdysiejszą akcją, zrobiłyśmy sobie zdjęcia, trzymając kartkę z liczbą miesięcy, podczas których karmiłyśmy (lub karmimy) piersią. Miałam niedosyt, ale zdaje się, że u mnie to normalne. 😉 Może i dobrze – planujemy częściej spotykać się w gronie mam. Już jutro następne spotkanie! Za zdjęcia z całego serca dziękuję Joannie, autorce bloga pełnego literatury, sztuki i kultury (Dziennik paryski zaprasza!).IMG_0609 IMG_0618 IMG_0630 IMG_0655 IMG_0805 IMG_0658-1 IMG_0680-1IMG_0681 IMG_0686 IMG_0688 IMG_0684